Witam zgodnie z tym co napisałam whttp://jaozdrowiu.blogspot.com/2016/02/mam-na-imiemonika-i-chce-sie-z-wami.html?spref=tw
Dziś napiszę o galaretce aloe vera Forever. To
naturalny, stabilizowany miąższ aloesowy. Pochodzi z naszych plantacji. Zamknęliśmy
go w tubce mającej 118 ml. Ale ja oczywiście nie napiszę tu rzeczy jakie z
powodzeniem zainteresowani, mogą sobie znaleźć w Internecie, chociażby w
opiniach na YouTube. Napiszę o mojej (prawdopodobnie) pierwszej styczności z aloesem.
Otóż jako dziecko byłam tzw. żywym srebrem.
Wszędzie było mnie pełno i nie za bardzo przejmowałam się zadrapaniami. Pewnego
razu bawiąc się przypadkowo wbiła mi się w nogę brona, która stała za stodołą.
Brona była trochę brudna od ziemi i miała już jakieś ślady użytkowania.
Pamiętam, że poleciało mi dość sporo krwi i że zapłakana pobiegłam do babci.
Babcia rozkroiła aloes i uciskała tak długo aż przestało lecieć. Dziś po tym
incydencie zostało mi tylko białe znamię na udzie. Najprawdopodobniej ten kto
to czyta łapie się za głowę, bo przecież dziecko po czymś takim powinno zejść
na tężca, czy jakieś zakażenie. Odsyłam do badań przeprowadzonych w ZSRR na
królikach. Wynika z nich, że aloes ma właściwości neutralizujące działanie
trucizn. Ta historia jest po nikąd odpowiedzią na pytanie z jakim wielokrotnie
się spotkałam: Po co mi galaretka Forever, to doniczkowy aloes nie wystarczy?
Wystarczy, odpowiadam i to z powodzeniem (na zadrapania). Nasz jest jednak
bardziej odżywczy, to aloe vera no i mając sreberko na każdym spacerze taką
apteczke w tubce mieć po prostu wypada.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz